O autorze
Gotuję bo tak naprawdę nic innego nie potrafię robić dobrze:-) Gotuję, bo mogę jednocześnie poznawać, odkrywać i tworzyć. I to jest to, co mnie pociąga w gotowaniu:-)

Rybno- owocowy raj

Jadąc do Tajlandii wyobrażałem sobie, że będzie kolorowo, egzotycznie i pachnąco. Teraz wiem, że najbardziej adekwatne jest to ostatnie określenie z wieloma jego synonimami - owocowo - pachnąco, przytulnie- śmierdząco, ciepło- cuchnąco, rybnie- zachęcająco.

Prawdziwą Tajlandię poznałem w Hua Hin, mieście położonym 200 km na południe od Bangkoku. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że stolica Tajlandii – Bangkok, to miasto turystyczne z wielkomiejskim szumem, który mnie jednak odstraszył na tyle skutecznie, że nigdy tam nie wrócę. Trzeba dodać szum, który różni się od „warszawskiego„ szeptu.

Podróż rozpocząłem od bazarku, na którym to rozłożone są oczywiście wszystkie wspaniałości i nowości tajskiej galanterii i gastronomii w jednym. Powala tam spontaniczność i kreacja mobilnych małych restauracji. Można w nich nie tylko spożyć przygotowane a’la minute danie, ale także dostać coś na wynos lub po prostu z otwartą paszczą podziwiać zwinność tajskiego mistrza kuchni. O tak, śmiało mogę użyć owego określenia do niemalże każdego, kto takie danie mi serwował.

Galanterię pominę, bo nie mam stosownych papierów, by oceniać ich kunszt. Jednak o kuchni opowiem w dwóch aktach. Pierwszy miły i kolorowy. Pachnący i często jeszcze nieodkryty. Owocowy raj, który tuż przy rybnym często spoczywa na tej samej powierzchni targowej. Ciężko na początku przemóc się, by owych bajecznie wyglądających owoców spróbować, gdy odór rybny niemalże przymyka nam oczy. Ciężko, ale nie dla mnie. Jadałem wszystko i wszędzie, smakowałem i przeżywałem czasami nawet dosłownie.

A co można zjeść w tajskiej restauracji? Można oczywiście zamówić krem, mus, ciasto lody czy sorbet. Ale prawdziwi Tajowie na deser jadają zawsze owoce.



Tajlandia to przede wszystkim kraj wspaniałych owoców. Kto choć raz odwiedził Tajlandię wie, że tajskie owoce nie zawsze przeznaczone są do jedzenia. Wielu Tajów potrafi z owoców robić misterne rzeźby. To właśnie tu carving, czyli rzeźbienie w owocach rozwinął się na najwyższym poziomie. Najlepsze są do tego arbuzy, ale i z melonów oraz papai można tworzyć prawdziwe cuda.

Owoce w Tajlandii podaje się najczęściej przyprawione anyżem, mielonym imbirem, cynamonem, skropione wodą różaną. Często z jaśminowym ryżem. Jednak mnie najlepiej smakowały surowe, soczyste, świeże w pełni dojrzałe, pachnące słońcem i ociekające sokiem. Doskonale gaszą pragnienie i odświeżają smak po ostro przyprawionych tajskich przyprawach. Można je znaleźć niemalże na każdym rogu i co najpiękniejsze są przygotowane od razu do spożycia. Świeżo obierane i pakowane w małe torebeczki, tak samo wygodne, jak wszystkie potrawy dostępne od zaraz, by je zabrać ze sobą.

Królem tajskich owoców jest durian. Ponoć według konfucjańskiej filozofii zawiera on męską „rozpalającą” energię Yang. Ma wielkość melona i jest pokryty twardymi kolcami. Jadalna jest znajdująca się wewnątrz kolczastej „maczugi” – miękka, budyniowata masa. Słodko kwaśny smak przypomina nieco naszą cebulę. Nie wszyscy jednak wiedzą, że jest to owoc najbardziej śmierdzący na świecie. Ponoć, od dawna trwa spór w Tajlandii czy durian śmierdzi jak stare skarpety, ścieki, a może jak zepsuta ryba. Jedno jest jednak pewne, że ze względu właśnie na ten mocny, nietypowy zapach w wielu miejscach w Tajlandii można zobaczyć tabliczki z napisem: zakaz wstępu z durianami. Czy ktoś może go próbował ?

Ja tak, i muszę przyznać, że warto. Miękkie i soczyste wnętrze duriana nie jest aż tak śmierdzące, jak powszechnie panująca opinia niesie. Generalnie smaczny i na pewno wart grzechu.

Jeśli jest król, to musi być królowa. Tajowie uważają, że jest nią mangostan – owoc w Polsce prawie nieznany. Sam spotkałem się z nim na tajlandzkim bazarku po raz pierwszy. Mangostan, w przeciwieństwie do durianu, napełniony jest żeńską „chłodzącą” energią yin. Owoc ten ma okrągłe ciemnoczerwone jagody o średnicy kilku centymetrów. Biały miąższ w środku jest bardzo delikatny, a smakiem przypomina nasze brzoskwinie, ananasy i pomarańcze. W smaku jest nieziemski.

Jednym z najbardziej popularnych owoców tajskich występujących w kilkunastu odmianach jest mango nazywane "Księżniczką Owoców”. Owoce mango są przyrządzane na wiele sposobów w zależności od rodzaju owocu. Mogą być podane jako danie z kulami kleistego ryżu lub w polewie mleka kokosowego jako deser. Niedojrzałe, nieco kwaśne i słone są podawane w sałatkach z dodatkiem tajskiego sosu. Dojrzałe owoce po prostu rozpływają się w ustach i uderzają skoncentrowaną słodyczą.

Jakie jeszcze inne owoce możemy skosztować w Tajlandii? Na upały najlepsze są zielone kokosy, z których pije się przez słomkę orzeźwiający sok. Polecam również soczyste granaty, wielkie pomelo, śliczne karambole (są już dostępne w Polsce), a także absolutną egzotykę: rambutany, longany, gujawy, jabłka cukrowe.

Według mnie wart szczególnego polecenia jest rambutan, zupełnie nieznany jeszcze w Polsce. To bardzo oryginalny owoc wielkości jajka o nasyconej rubinowo-czerwonej barwie, cały pokryty włoskami. Należy do najbardziej atrakcyjnych tajskich owoców. Owoc daje się łatwo otworzyć ręcznie lub przecinając nożem. Potem zdejmujemy włochatą skorupkę wyciskając jasny, soczysty, słodki owoc. Jest on często serwowany jako deser w wielu tajlandzkich restauracjach.

Każdy, kto odwiedził Tajlandię powinien także spróbować dojrzałych owoców papai, które przed spożyciem należy skropić sokiem ze świeżej limonki. Wtedy owoc smakuje zdecydowanie lepiej. No i nie możemy zapomnieć o owocach liczi. Owoc ten jest doskonały jako deser po schłodzeniu. Czasami bywa też dodawany do wódki. Uwierzcie mi, to naprawdę rarytas.

Tuż po owocach poszedłem na rybki. Piekące i skąpane w mętnych wywarach. Zawsze jednak pachnące trawą cytrynową, tajską bazylią lub imbirem. Tylko owa smażona w głębokim tłuszczu fot. poniżej – jakoś mnie nie przekonała.

Była to moja pierwsza, lecz na pewno nie ostatnia wizyta w Tajlandii.
Trwa ładowanie komentarzy...